Trochę historii ...

W czasie odbytej we wrześniu 1892 roku wycieczki do Garbowa upoważ­niono Ludomira Kiesewettera do rozpoczęcia starań u władz o zalegalizowanie klubu cyklistów i uzyskanie zezwolenia na otwarcie cyklodromu.

Około 30 cyklistów nie mogąc się doczekać własnego klubu wstąpiło do WTC.

Kalendarz imprez 2014

Prasa

"Zostały fakty... i kontakty" 13.09.1993

Długą bo prawie 18-letnią karierę kolarską Jan Raczkowski zakończył w 1986 roku z dala od swojego klubu, którym był Start Lublin, daleko ok. kraju, bo we Francji, w grupie kolarskiej Montelimar, niedaleko Grenoble.
 
Szef owej grupy André Reboul do dziś utrzymuje bliskie kontakty z panem Jankiem. Zaprasza go do siebie, sam też przyjeżdża do Lublina. Pod koniec sierpnia Jan Raczkowski „siedział już na walizkach”. Miał wyjechać do Francji, ale zwlekał. Został do 2 września, bo tego dnia do Lublina zawitał jubileuszowy Wyścig Dookoła Polski.
 
Żółta koszulka – jak skarb
 
Spotkałem go na Krakowskim Przedmieściu, tuż przy mecie. Ogromnie przeżywał wyścig. – Opóźniłem wypoczynkowy wyjazd do Francji z emocjonalnych względów – powiedział.
 
- Przecież z Wyścigiem Dookoła Polski wiążą się moje przeżycia i wspomnienia. Startowałem 8 razy. Debiutowałem w 1974 roku. W następnym wyścigu był etap Biała Podlaska – Hrubieszów. Zostałem wtedy liderem i w żółtej koszulce jechałem ponad połowę trasy. Dopiero w Solinie jazda na czas zakończyła się dla mnie pechowo. Pojechałem słabo. Gdyby było inaczej mógłbym wygrać cały wyścig. Ale i tak wywalczyłem czwartą lokatę, tracąc do zwycięzcy, Tadeusza Mytnika 4 minuty i 11 sekund.
Mocno wbił mi się w pamięć Tour de Pologne rozegrany w 1976 roku. Już na pierwszym etapie zdarzyła się ogromna kraksa. Ucierpiało wielu zawodników, Staszek Szozda wycofał się, ja jakoś doszedłem do siebie, ale straciłem 14 minut. Szansę wygrania wyścigu miał Janusz Kowalski i jemu pomagaliśmy ze wszystkich sił. Wygrał indywidualnie, a Polska – drużynowo. Jechaliśmy w składzie: Kowalski, Mytnik, Brzeźny, Pożak i ja, zajmując 18 miejsce. Wśród kolarskich pamiątek przetrzymuję do dziś jak skarb, żółtą koszulkę zdobytą 18 lat temu na stadionie hrubieszowskiej Unii. W pozostałych wyścigach plasowałem się z reguły w pierwszej dwudziestce. Najczęściej bywało tak, że pracowałem dla innych.
 
Cenny każdy sukces
 
W swojej wieloletniej karierze kolarskiej Jan Raczkowski osiągnął znaczące sukcesy. Startował na Kubie i w Algierii. W 1977 roku zaliczył XXX Wyścig Pokoju zajmując w nim 19 miejsce. Był w 1979 roku szosowym wicemistrzem Polski w jeździe indywidualnej na czas, znowu ustępując Mytnikowi, którego zalicza do grona swych przyjaciół. To samo mówi o Januszu Pożaku i wielu sławach polskiego kolarstwa. W 1977 roku w plebiscycie na „złotą dziesiątkę” sportowców woj. lubelskiego zajął drugie miejsce (za Januszem Pożakiem). W latach 1978 i 79 plasował się pod koniec pierwszej dziesiątki. Taką lokatę wywalczył w 1977 roku w klasyfikacji najlepszych szosowców Polski.
 
- Cenię sobie każdy sukces: ogólnopolski czy o zasięgu wojewódzkim – powiada. – Mam w swoim dorobku zdobyte w różnych kategoriach wieku tytuły mistrzów okręgu. Lubiłem uczestniczyć w wyścigu „Kuriera” i Startu, zresztą z dobrym skutkiem. Wygrywałem parę razy. Przez cztery lata byłem w kadrze narodowej seniorów, rok w kadrze młodzieżowej. Obliczam, że co roku miałem średnio 75-80 startów, łącznie więc w ciągu tych prawie 18 lat ścigania się zaliczyłem mnóstwo imprez.
 
Coraz wyżej i wyżej
 
Był początek roku 1970. w podmiejskiej Dąbrowie Start Lublin zorganizował mistrzostwa klubu z udziałem 30 kolarzy. Trasa była bardzo ciężka, ośnieżona. Jan Raczkowski zajął wtedy 13 miejsce i ta pechowa trzynastka ciągle mu siedziała w głowie. Aż do mistrzostw młodzików, które odbyły się w 1970 roku na trasie: Kock – Lublin. Raczkowski od startu ruszył jak burza, daleko w tyle zostawił rówieśników i wygrał z przewagą kilkunastu sekund. Od tej pory o trzynastce już nie myślał. W głowie mu były zwycięstwa. Po paru miesiącach z Gradzińskim, Pyzikowskim, Masiakiem zdobyli wicemistrzostwo Polski młodzików. Pojechał zaraz do Tarnowa na wyścig nadziei olimpijskich. Dołożył wszystkim zdecydowanie: ponad 4 minuty.
 
W 1972 roku ścigał się już jako senior. Po Wyścigu Pokoju zetknął się na Śląsku z kolarzami, którzy byli dla niego idolami, wzorami do naśladowania, takimi jak: Gawliczek, Gazda i Magiera. Pan Janek zaliczył trzyetapowy wyścig na Śląsku. Wygrał Gawliczek, ale Raczkowski zajął wysokie trzecie miejsce. Piął się coraz wyżej w kolarskiej karierze, ale chyba nie bez znaczenia był fakt, że w klubie miał mocnych partnerów: Firkowskiego, Gradzińskiego, Pyzikowskiego.
 
W latach 1973-75 Jan Raczkowski powołany został do odbycia służby wojskowej. W Ciechanowie poznał smak wojskowej zupy, później dostał się do sekcji kolarskiej Legii, do fantastycznej paki, którą m.in. tworzyli: Brzeźny, Faltyn, Firkowski, Szczepkowski. Po okresie rekruckim szybko doszedł do formy i w 1974 roku dostał się do kadry narodowej, a w wyścigu Dookoła Mazowsza zajął 5 miejsce. Obsada była bardzo silna, międzynarodowa. W tymże 1974 roku jadąc w drużynie Legii wraz z Bielskim, Piaseckim i Szczepkowskim zdobyli wicemistrzostwo Polski.
 
Na zagranicznych trasach
 
Jan Raczkowski, startował też na zagranicznych trasach. Wspomina o wyścigu Dookoła Algierii w 1975 roku: Pojechaliśmy tam w składzie: Matusiak, Mytnik, Majchrowski, Ochot i ja. Krajobraz niesamowity. Pustynia. Z nieba leje się żar. Na ósmym etapie dwaj Rosjanie spowodowali kraksę, w której znaleźli się czterej nasi kolarze. Ochot wylądował w szpitalu, my byliśmy mniej poturbowani. Pamiętam, że ledwo dojechałem do mety. W tymże 1975 roku pojechałem na wyścig Dookoła Włoch. Był silnie obsadzony. Jechało mi się bardzo dobrze. Aż tu pech: defekt roweru! Wóz techniczny daleko. Długo czekałem aż przyjechał. Czołówka uciekła. Ale i tak zająłem ostatecznie 10 miejsce. Pamiętam wyścig w Rumunii, w którym uczestniczyła reprezentacja Startu. Na jednym z etapów uciekłem Rumunom, ale po jakimś czasie dwóch mnie dogoniło. Przez wiele kilometrów trwała zabawa: oni mnie pilnowali, próbowali uciec, skakali dookoła mnie i nijak nie mogli się oderwać. W końcu skapitulowali. Wygrałem etap i sprzątnąłem Rumunom sprzed nosa ciekawą nagrodę. W 1976 roku byłem rezerwowym kolarzem na Wyścig Pokoju. Nie pojechałem, ale po tej imprezie wysłano polską ekipę do Szwajcarii. Pomyślałem: pokażę trenerom na co mnie stać. W Bazylei wywalczyłem drugie miejsce, a w wyścigu o puchar Wilhelma Tella byłem dziesiąty. Obsada była bardzo silna. Chyba cały kolarski Zachód startował. W 1983 roku znalazłem się w doborowym towarzystwie. Pojechaliśmy na wyścigi do Francji. Po kryterium w Grenoble zainteresował się moją osobą sędzia główny André Reboul, szef grupy kolarskiej Montelimar. Kręcił się koło mnie, namawiał, przekonywał, a wszystko zmierzało do tego, żebym ścigał się w jego drużynie. Chciał mieć polskiego kolarza. Przekonał mnie. No i rozpoczęła się istna harówka: wyścigi w nocy, męczące kryteria. Wygrałem 8 wyścigów, a 22 razy byłem drugi. Pierwszego roku pobytu we Francji szło mi nieźle. Ale organizm wyczerpał się. Upały zrobiły swoje. Nie zawsze odpowiadały mi szybkie, krótkie wyścigi. Wracałem do kraju i coraz częściej z mniejszą ochotą opuszczałem rodzinę i Lublin.
 
W 1986 roku zakończyłem kolarską karierę, nadal zostałem jednak w sekcji kolarskiej Startu, pomagając Gieniowi Pudło w szkoleniu zawodników.
 
Zostały wspomnienia, pamiątki, kontakty
 
Jak się już rzekło Jan Raczkowski nadal utrzymuje przyjacielskie kontakty z szefem Montelimar. Teraz jest to 8-osobowa amatorska grupa kolarzy francuskich. Zabiera ze sobą dzieci. We Francji trenował już 15-letni syn Krzysztof, z którego tata chce zrobić dobrego kolarza. Krzysiek ma świetny rower, powoli wciąga się do ścigania, ma zostać kolarzem w klubie LPIS. Tata zaś nie ma za wiele wolnego czasu na rowerowe wycieczki. Od paru lat jest taksówkarzem.
 
I jeszcze słowo o tym jak trafił do kolarstwa. Niech sam dokończy swoją kolarską opowieść:
 
- Mieszkałem z rodziną w Chodlu. Jako kilkunastoletni chłopak marzyłem o rowerze wyścigowym. Dość szybko doszło do spełnienia marzeń, bo kupiono mi rower wyścigowy od sąsiada – nauczyciela. Przez rok sam jeździłem, ale we wrześniu 1969 roku trafiłem do lubelskiego Startu. Trenerzy Kocot i Drzazga chętnie mnie przyjęli do sekcji, bo miałem „wyścigówkę”. Co drugi dzień dojeżdżałem z Chodla na treningi do Startu, pod koniec 1969 roku przeszedłem w sekcji „kolarski chrzest” i tak zaczęła się moja wieloletnia przygoda z rowerem. Chciałbym, żeby Krzysiek podtrzymał tradycję. Mnie zostały pamiątki, wspomnienia, ciekawe kontakty z francuską grupą kolarską.
 
Tadeusz Gański